
Za mną kolejne wystąpienie publiczne dla dużej grupy liderów. Na zaproszenie Banku BPS miałam zaszczyt występować na wydarzeniu Impuls25 - konferencji dla banków spółdzielczych, które chcą strategicznie kreować przyszłość - i opowiadałam o komunikacji wewnętrznej. Z tego artykułu dowiesz się, jak wygląda u mnie proces przygotowania do takiego wydarzenia.
Przygotowanie do wystąpienia publicznego trwa u mnie kilka tygodni i przypomina proces pieczenia chleba. Zupełnie nie należę do osób, które potrafią przygotować się do wystąpienia w krótkim czasie, choć szczerze podziwiam i zazdroszczę tym, którzy tak mają. Sama myśl o takim sposobie mrozi mi krew w żyłach, na mojej głowie włos bardziej siwieje i przypomina mi się sytuacja z kolonii w Pogorzelicy, kiedy w wyborach Miss Turnusu zadano mi pytanie, na które nie umiałam odpowiedzieć z marszu i po prostu spłonęłam na scenie. Do tej pory pamiętam wstyd i zażenowanie, kiedy nie umiałam wydusić z siebie słowa. Dzisiaj wiem, że zabieram głos dopiero jak zbiorę myśli – mam introwertyczną naturę – potrzebuję czasu. Zupełnie nie należę do osób, które w sytuacji napięcia są wstanie gadać jak katarynki i wypluwać z siebie kolejne zdania. Pomimo traumatycznych doświadczeń ze sceną, znalazłam sposób, żeby ją ujarzmić – muszę być przygotowana. Nie chodzi o to, żeby wyuczyć się wszystkiego na pamięć, ale żeby wiedzieć, co chcę powiedzieć.
Dlatego jeśli chodzi o wystąpienia publiczne najbardziej komfortowo czuję się, kiedy mam CZAS. Czas na przygotowanie dobrego zaczynu do ciasta, czas na połączenie wszystkich składników, a następnie czas na kilkukrotne ich wyrobienie. Dopiero wtedy moje ciasto na chleb jest gotowe, aby wskoczyć do piekarnika i wyrosnąć. No tak już mam 😊
Jak proces pieczenia chleba przekłada się na przygotowanie do wystąpienia publicznego?
Zaczyn – czyli tworzymy narrację
Każdy zaczyn składa się z prostych składników, ale trzeba go regularnie dokarmiać. I tak też zaczyna się mój twórczy proces – zaczynam od zbierania materiałów w jednym miejscu. W moim przypadku to notatnik w telefonie– muszę korzystać z czegoś, co mam najczęściej pod ręką, bo pomysły, albo inspiracje przychodzą w najmniej oczekiwanych momentach. No i tak sobie wrzucam i dokarmiam mój zaczyn. Kiedy materiału się nazbiera siadam do kolejnego etapu.
Łączenie składników – czyli szkielet wystąpienia
Tu zastanawiam się, jak ma wyglądać moje wystąpienie. Co chcę, żeby odbiorcy zrobili po mojej prezentacji, jak chcę, żeby się czuli, co chcę, aby zapamiętali. Szkicuję szkielet wystąpienia, dobieram historie, które chcę opowiedzieć. Myślę o tym, jakie pytania zadać odbiorcom, aby zaangażować ich w prelekcję i zbudować namiastkę dialogu. Jak już mam scenariusz, przychodzi czas na pierwsze wyrabianie ciasta.
Pierwsze wyrabianie ciasta – czyli slajdy
Jak już wiem, co chcę powiedzieć, zaczynam tworzyć materiał wizualny. Nie odwrotnie. W ten sposób unikam niekończącego się pączkowania niepotrzebnych slajdów. Robię i odkładam. Wiem, że to proces, więc nie tworzę na sobie presji – po prostu kiedy przestaję mieć wenę, odkładam ciasto do wyrośnięcia 😉Zajmuję się wtedy innymi rzeczami. A im bardziej oderwane od tworzenia prezentacji, tym lepiej. Staram się znaleźć przestrzeń na odpoczynek i relaks, bo jak wiadomo warunki, w których powstaje chleb również mają znaczenie. W moim mózgu w tym czasie robi się przetasowanie, narracja się układa i rośnie. Ten czas trwa kilka dni. Kiedy wracam do tematu, ciasto jest wyrośnięte i gotowe do kolejnego etapu.
Drugie wyrabianie ciasta
Tu zaczynam łączyć słowa narracji ze slajdami i powtarzać na głos to, co chcę powiedzieć. I nagle okazuje się, że narracja, którą stworzyłam na początku jest za długa, a słowa, których użyłam w formie pisanej, brzmią zbyt zawile, kiedy wypowiadam je na głos. Dlatego ten etap nazywam drugim wyrabianiem ciasta, bo to, co stworzyłam wymaga obróbki i to całkiem sporej. Skracam zdania. Upraszczam wyrazy. Używam języka mówionego, a nie pisanego. Mówienie na głos pomaga mi też sprawdzić, w których miejscach potrzebuję oddechu, gdzie przyspieszyć, a gdzie zwolnić.
Lubię tworzyć prezentacje, które są spójne z opowieścią, którą opowiadam i prowadzą odbiorcę przez temat, więc na tym etapie muszę czasem sypnąć mąką i dodać więcej slajdów. Czasem zwyczajnie nie umiem czegoś zapamiętać, więc upraszczam sobie i dodaję zawiłe zdanie na slajd. A co!
Ostateczne wyrośnięcie
Po drugim wyrobieniu ciasta przychodzi czas na ostateczne wyrośnięcie – czyli wszystko trzeba przećwiczyć na głos, zmierzyć czas, wpleść żarciki, wyobrazić sobie scenę oraz publiczność. Mój wewnętrzny krytyk ma wtedy niezłą balangę pokazując w mojej głowie scenę wielką jak na koncercie Beyonce i siedzących naprzeciw mnie ludzi w garniturach z posępnymi minami. Dziękuję mu wtedy za to, że próbuje mnie chronić i przypominam, że występowałam już na kilku scenach i wiem, że zwykle jest max 50 cm wysoka, a na sali siedzą ludzie tacy jak ja – z tymi samymi lękami, problemami i wyzwaniami. Mało tego! To zwykle oni boją się wystąpień publicznych i mikrofonu bardziej niż ja, dlatego siedzą po drugiej stronie.
Zanim ciasto wskoczy do piekarnika...
Dzień przed wystąpieniem staram się nie angażować w tematy, które wymagają mojej energii. Robię sobie dzień na luzie – jeśli pracuję, to raczej operacyjnie, bez wielkich spotkań, które mogą mnie wydrenować z energii, albo nadwyrężyć mój system nerwowy. Idę spać wcześnie, piję dużo wody, idę na spacer. Dbam po prostu o siebie i mój komfort.
Jak budować odwagę i przestać się bać wystąpień publicznych?
Odwaga to nie uczucie, to decyzja - to zdanie zredefiniowało moje podejście do wychodzenia ze swojej strefy komfortu. Mogę całe życie czekać, aż odwaga przyjdzie, ale prawda jest taka, że bycie odważnym nie oznacza, że się nie boimy. Można być odważnym i wciąż się bać. Ja też bałam się występować publicznie, paraliżowało mnie przemawianie nawet do małych grup ludzi. Często zanim zabrałam głos, waliło mi serce i miałam ściśnięte gardło. Ten lęk towarzyszył mi przez większość zawodowego życia. Z czasem, kiedy zaczęłam pracować z emocjami i obserwować swoje uczucia, zrozumiałam, że to co czuję przed wystąpieniem publicznym to nie tylko lęk, ale także podekscytowanie. Zauważyłam też, że z czasem i z każdą prezentacją, lęk się zmniejszał, a podekscytowanie rosło. A wcześniej było odwrotnie.
Wystąpienie publiczne zmuszają do przekraczania własnych granic komfortu i dla mnie są obecnie doskonałym narzędziem rozwojowym - mogę się o sobie dowiedzieć wielu cennych rzeczy, przygotowując się i występując.
A jak jest u Ciebie? Boisz się wystąpień, czy czujesz się jak ryba w wodzie? Na moim blogu nie ma funkcjonalności umożliwiającej komentowanie, ale możesz napisać mejla - czytam i odpowiadam na wszystkie 😊
Dołącz do jedynej takiej społeczności
Comms Besties to miejsce wsparcia i rozwoju dla osób zajmujących się komunikacją wewnętrzną w firmach.

